No i obejrzałam MTV Europe Music Awards 2009. Wynudziłam się jak mops i w trakcie występu Leony Lewis zmieniłam kanał. Doda niestety statuetki nie zdobyła. A szkoda, bo trzymałam za Nią kciuki i głosowałam. Już widzę te przewidywalne tytuły w stylu; "Wielka porażka Dody", "Doda przegrała" itd. itp. Oczywiście "życzliwi" nie docenią tego, że dziewczyna pokonała kilkunastu wykonawców, w tym odnoszącą sukcesy i znaną (jeśli jeszcze nie na świecie, to przynajmniej w Europie) Pixie Lott.
Podobno Doda ma zamiar nagrać płytę anglojęzyczną. I bardzo dobrze! Ważne, żeby zatrudniła jakiegoś native'a, który będzie czuwał nad fonetyką. Z taką determinacją i wiarą w siebie, może jeszcze daleko zajść.
A ja Jej będę kibicować. Czy to się komuś podoba, czy nie :-)
Bo zawsze kibicuję Polakom, jeśli próbują oddnieść sukces poza naszym "grajdołkiem". Bez względu na to, jaką dziedzinę reprezentują. Czy to będzie muzyka, film, spotr, balet... Whatever. Ot, taki lokalny patriotyzm.
KK
W podstawówce uwielbiałam Michaela Jacksona, Madonnę i skrycie kochałam się w wokaliście zespołu A-ha - Mortenie Harkecie. Pamiętam jak na jednej stronie taśmy magnetofonowej ZWCh Stilon Gorzów, miałam nagraną przez 30 minut piosenkę" Live To Tell" Madonny, a na drugiej "Hunting High And Low" A-ha. Dwie "pościelówy" chwytające za serce i potęgujące cierpienie nastolatki. Pamietam te pierwsze szkolne dyskoteki przy dymiących kolumnach Regenta i tańce przytulańce...
A potem przyszedł czas na Guns N'Roses, Aerosmith i (tu mój osobisty narzeczony zawsze sobie ze mnie drwi) Whitesnake. Bardzo mi przykro, ale uważam, że "Is This Love", to jedna z najseksowniejszych ballad jakie znam. Słuchałam Prince'a, Al'a Jarreau, Depeche Mode, a nawet muzyki chrześcijańskiej w wykonaniu Bebe & Cece Winans – zapewniam Was że „Gorzkie żale” to to nie są ;-).
Otarłam się nawet o ciężkie brzmienie, za sprawą kilku kolegów metalowców, którzy częstowali mnie Slayerem, Venomem, Kreatorem, czy Sepulturą. Ale jak była imprezka to ślicznie tańcowali z dziewczynami do „Send Me An Angel”, „Holiday”, czy „Still Loving You” Scorpionsów. Jak widać, zbyt ortodoksyjni nie byli. Potem za sprawą jednego takiego, przez którego parę razy zdarzyło mi się jechać okrężną drogą do szkoły, wpadła mi w ręce płyta The Cure 'Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me” i pokochałam te dźwięki. Nosiłam się na czarno i miałam koszulkę z podobizną Roberta Smitha.
Na studiach ogólne podniecenie wywoływała Erykah Badu, Jamiroquai i Brand New Heavies, ale i tak najlepiej bawiliśmy się jak z głośników leciał stary, dobry Stevie Wonder. Wszyscy chcieli grać i śpiewać jak czarni. Jakby ładnych parę lat temu ktoś powiedział o mnie, że mam „czarny” głos, to bym padła z wrażenia, a teraz wręcz przeciwnie. Uwielbiam białe głosy, uwielbiam te wszystkie subtelnie śpiewające białe wokalistki. Nie kręci mnie Jill Scott, Alicja Keys, Angie Stone czy Mary J. Blidge. Dla mnie magia rozgrywa się zupełnie gdzie indziej. Bedę Wam od czasu do czasu coś magicznego podrzucać. Na dobry początek zespół, który pokazał mi Yaro. Azure Ray „November”.
A to wspomnienia z czasów młodości. Jak miło do tego wrócić po latach :-)
KK
W zeszłym tygodniu odbyła się w Warszawie piąta edycja Free Form Festival. Dwa dni prawdziwej uczty dźwięków na Pradze, a konkretnie w Centrum Kultury Koneser.
Koncerty odbywały się na dwóch scenach – głównej i klubowej. Na rozgrzewkę poszliśmy z Jarkiem posłuchać Ani Brachaczek i Leszka Fochmanna, czyli głównego trzonu zespołu BIFF.
Chłopak z gitarą i filigranowa dziewczyna. Bez dymów, fajerwerków, bez ściśniętych pośladków, bez scenicznego lansu i dąsu. Za to z sercem, wdziękiem, odrobiną kokieterii i umiejętnością nawiązywania kontaktu z publicznością. Gorąco polecam ich najnowszą płytę - „Ano”.
http://www.myspace.com/brachaczekifochmann
Pierszego dnia główną gwiazdą festiwalu był zespół The Herbaliser. Przed koncertem na konferencji prasowej pojawili się - Jake Wherry (basista) i Ollie Teeba (Dj) – założyciele zespołu. I my tam z Jarkiem byliśmy, z chłopakami pogadaliśmy i uścisnęliśmy sobie dłoń. Herbaliser zagrał w siedmioosobowym składzie. Sześciu dżentelmenów i jedna pani - Jassica Darling, która na scenę wyszła raptem ze trzy razy, ale za to jak tsunami. Miała w gardle taki power, że szalały wszystkie potencjometry.
Drugiego dnia na scenie klubowej zgrała Julia Marcel. Dziewczyna komponuje, świetnie śpiewa, gra na fortepianie i skrzypcach. I mimo że jest Polką, głośniej o niej w Europie niż w Polsce. Za chwilę będzie tak, że polscy artyści zaczną się przedzierać na rodzimy rynek przez inne kraje. Bardzo to smutne...
Julia wystąpiła sama, ale swoją muzyką i osobowością wypełniła całą scenę. Koniecznie jej posłuchajcie:
http://www.myspace.com/juliamarcell
A później stała się magia... Za sprawą szwedzkiego zespołu Little Dragon i jego wokalistki Yukimi Nagano. Koncert był znakomity. Zostaliśmy z Jarkiem zaczarowani. Yukimi na scenie była niespożytym wulkanem energii, a później na konferencji prasowej emanował z niej taki spokój. No właśnie! Udało nam się poznać cały zespół i porozmawić z Nimi przez chwilę. Dawno nie spotkałam tak miłych, skromnych i pozytywnych ludzi. Jeśli chcecie zapoznać się z Ich twórczością, a zapewniam że warto - zajrzyjcie na stronę:
Jestem nakręcona na nagrywanie nowych dźwięków i już nie mogę się doczekać przyszłorocznej edycji festiwalu :-)

na zdjęciu wielki Mały Smok :-)
KK
Pół miliona mieszkańców Mazowsza bez prądu, kilkunastometrowe fale na Bałtyku, powódź w Elblągu i koszmarny wiatr (podobno 130 k/h). Chyba nikt nie był przygotowany na tak gwałtowny atak zimy. Ogród cały zaspany. Biały, bielusieńki. Powinnam wyjść, schować grila i fotele ogrodowe do pomieszczenia gospodarczego zwanego przez nas pieszczotliwie kapciorką - ale nie wyjdę! Nikt i nic mnie do tego nie zmusi!
Zapaliłam świecę zapachową o aromacie jabłek z cynamonem i normalnie atmosfera w domu się zrobiła jak na Boże Narodzenie - a to przecież dopiero październik. Dzisiaj się nigdzie z chałupy nie wynurzam. Jutro mam meeting z dwiema uroczymi młodymi damami, które czynnie uczestniczą w moim blogowym życiu i które dzięki blogowi się poznały. Jakiś czas temu obiecałam Im spotkanie przy wielkim kalorycznym ciachu i wreszcie spełnię swoją obietnicę.
A teraz zrobię sobie herbatkę z miodem spadziowym, cytrynką, świeżym imbirem i poczytam książkę Joyce Carol Oates „Moja siostra, moja miłość”. To historia oparta na głośnej sprawie kryminalnej, która wstrząsnęła Ameryką pod koniec dwudziestego wieku. Jestem w połowie, konkretnie na 296 stronie i napięcie stale rośnie. Ale póki za oknem jest jeszcze jasno, to na wszelki wypadek uszykuję latarkę i świeczki. Mam nadzieję, że przerwy w dostawie prądu nie będzie, bo unplugged nic w studiu nie zrobię, a na wieczór zaplanowałam nagranie piosenki o mamie kwoce, której z podwórka uciekły kurczęta. I przyrzekam, że to nie były te kurczęta, które wylądowały dzisiaj w sezamie i miodzie na patelni ;-)

KK
czwartek, 18 marca 2010
Licznik odwiedzin: 339887
| « marzec » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 |
| 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
| 29 | 30 | 31 | ||||
W głowie mam dźwięków bez liku. Co w sercu - mam na języku. Nogi przywykłe do kłód pod nogami. Łokcie niezdolne do pchania łokciami. Nie znajdziesz mnie na świeczniku ;-)
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: