No i nareszcie po latach oczekiwań Poluzjanci wydają swoją drugą płytę, którą nosi przewrotny tytuł "Druga Płyta". Premiera już 11 lutego!
To jeden z najlepszych polskich zespołów, złożony z samych wytrawnych muzyków i przy okazji fajnych chłopaków . Się z paroma razem w Katowicach studiowało i na zabawach zacnych w Domu Studenckim "Parnas" bywało. Ku niepocieszeniu pani portierki i mniej rozrywkowej części akademickiej braci. Poluzjanci kultywują w dalszym ciągu studenckie tradycje i właśnie piją wódeczkę w Mikołajkach. Od godziny 16. Jak to rzekł Kuba Badach, w rozmowie telefonicznej którą odbyliśmy przed chwilą: "ten zespół to degrengolada". No to oby więcej takiej "degrengolady" na naszym rodzimym muzycznym poletku :-)
Zapraszam serdecznie do odwiedzenia strony Poluzjantów na MySpace.
http://www.myspace.com/poluzjanci
No i wpadajcie na koncert promocyjny. 14 lutego - Hybrydy ( szczegóły niebawem na Myspace)
A oto najnowszy singiel zespołu - "Prosta Piosenka".
Chyba nie znam ani jednej osoby, która nie byłaby na jakiejś diecie. Co chwile objawia się na świecie kolejna dieta cud. A to South Beach, a to Montigniaca, Kopenhaska, 1000 kcal. Pojawiają się też różne dziwadła typu: dieta kekwicka, kolorowa i księżycowa. Ostatnio furorę robi dieta francuskiego lekarza dr. Pierra Dukana. Ludzie odżywiają się zgodnie z grupą krwi, sprawdzają indeks glikemiczny, nie jedzą węglowodanów, a w ekstremalnych przypadkach – wychodzą w czasie pełni na łąkę i żywą się światłem i energią kosmiczną (ciekawe czy mogą się najeść światłem z pustej lodówki). Sami wpędzają się w ryzy nakazów i zakazów. Niektórzy nie jedzą pewnych produktów z powodów ideologicznych. Tak jak mogę zrozumieć nie jedzących mięsa wegetarian, tak nie zrozumiem frutarian, którzy podobno spożywają wyłącznie owoce i warzywa, których zerwanie nie powoduje śmierci rośliny. O matko! Jestem mordercą – zjadłam dzisiaj marchewkę!
Diety, diety, diety. Wszechobecne diety.
Są tematem rozmów i źródłem podniety.
W prasie, w telewizji,w internecie – diety.
To ja dla odmiany - usmażę kotlety ;-)
KK

Cmy to duet, który tworzą Milton Waukee (producent, instrumentalista) oraz Jorge Saxon (DJ, gramofonista). Zespół powstał w roku 2001 i od początku przyjął założenie, by nie przyjmować żadnych założeń muzycznych. Podstawą działania duetu jest totalna wolność artystyczna, niezależność - zarówno od oczekiwań wytwórni płytowych jak i samych odbiorców muzyki.
Dotychczasowe płyty Ciem: „Eclipse” (2002) i „Foggy Style” (2005) zdradzają inklinacje muzyków w kierunku quasi-instrumentalnego hip-hopu, jazzu i szeroko pojętej elektroniki. Cmy umiejętnie żonglują czarnymi krążkami, w winylową tkankę wplatając solidną dawkę beatu i żywego instrumentarium.
Najnowsza płyta „Kim Zonk Funk” (Jazzda Music, 2010) potwierdza charakterystyczny, mglisty, „ćmowaty” styl poczynań duetu, wzbogacony udziałem zaproszonych gości (Marcin Wasilewski, Yuki Karaoke, Bianca Glazebrook, Ewa Lewandowska, Artur Twarowski, Paulina Młynarska i Michael Moritz).
Ciekawostką jest fakt, że przez pierwszych 7 lat działalności duetu, muzycy nie ujawniali swoich prawdziwych tożsamości, wplątując słuchaczy w przemyślaną grę, dzięki której udało się Ćmom uniknąć jakichkolwiek uprzedzeń w odbiorze. Dopiero w 2008 roku okazało się, że Milton Waukee to tak naprawdę Yaro (producent muzyczny takich hitów jak „Rowery Dwa”, „Olewka”, „Zakręcona” czy „Lepszy Model”), a Jorge Saxon to DJ George (grający na co dzień z takimi wykonawcami jak Buldog, Kasia Klich czy Galapagos Manufacture).
Informacja dodatkowa:
Oficjalna nazwa zespołu to „Cmy”, bez polskiego „ogonka” nad „C”.
Przeczytałam na jednym z portali artykuł na temat chałtur w centrach handlowych i supermarketach. Autorka pisze m.in.: "Polskie gwiazdy nie przepuszczą żadnej okazji do zarobienia pieniędzy. Wystąpią nawet na dziale mięsnym." W artykule padają też słowa o pazerności, robieniu z siebie pajaca i hańbie. Tak się składa, że występując kiedyś w centrum handlowym miałam za plecami dział z nabiałem i jakoś nie uważam tego epizodu w moim życiu za hańbiący. Graliśmy akustycznie. Pod sceną zebrało się sporo osób i nikt nie rzucił we mnie ani pomidorem, ani serem, ani nawet pakowaną próżniowo mortadelą. Wręcz przeciwnie. Ludzie słuchali i żywo reagowali na to, co działo się na scenie. Prawda jest taka, że jeśli swoim muzykowaniem mogę sprawić komuś przyjemność, to nie jest dla mnie istotne ani miejsce, ani czas, ani audytorium. Ci zabiegani ludzie, objuczeni siatami z zakupami, są często fantastyczną publicznością. Być może to dla nich jedyna okazja żeby posłuchać muzyki na żywo. Dlatego nigdy nie zrozumiem artystów, którzy z założenia uważają takich odbiorców za gorszych. Artysta, który gardzi publicznością, nie jest godzien nazywać siebie artystą.
KK
sobota, 20 marca 2010
Licznik odwiedzin: 340198
| « marzec » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 |
| 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
| 29 | 30 | 31 | ||||
W głowie mam dźwięków bez liku. Co w sercu - mam na języku. Nogi przywykłe do kłód pod nogami. Łokcie niezdolne do pchania łokciami. Nie znajdziesz mnie na świeczniku ;-)
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: